Designerskie wnętrze mieszkania z żyrandolem na pierwszym planie.

Design jako choroba zakaźna.

Cześć Jestem Asia, mam dwójkę wspaniałych dzieci, chłopca 5 lat, dziewczynkę lat 7 i męża, bez którego moje remontowe hobby nie miałoby racji bytu. Na potrzeby tego projektu blogowego będę nazywała go „On”, ale o genezie tego określenia będzie w osobnym wpisie.

Na co dzień pracuję w biurze  finansowym jednej z większych polskich korporacji, a moja praca nie ma nic wspólnego z budowlanką, czy choćby wnętrzarstwem. Po prostu absolutnie nic. To co robię po godzinach to moje hobby. W szale, zapamiętale jak narkoman na głodzie wyszukuję, co by tu można było i komu wyremontować. Poszukuję celów mojej remontowej fascynacji jak pies gończy poszukuje zbiegów. Nie ma zmiłuj, nikt kto trafi w zasięg mojego radaru mi nie umknie.

Niektóre osoby, jeśli nawet decydują się na remont, czy nowy wystrój wnętrz,  zazwyczaj po zakończeniu tego całego mozolnego procesu, są wyczerpane i przysięgają, że już nigdy tego więcej nie zrobią, a przynajmniej nie w przeciągu najbliższych 10 lat. Ja działam inaczej. Zazwyczaj jeszcze przed postawieniem ostatniego bibelotu na przysłowiowym kominku, mam już w głowie plan gdzie następnego dnia zacznę cały proces od początku.

Jak to się zaczęło.
Początki były bardzo banalne, zaraz po ślubie zamieszkaliśmy z mężem w dość tanim wynajętym mieszkaniu. Cena najmu była adekwatna do jego stanu i stylu urządzenia. Wiecie wczesny Gierek i to po wielu przejściach i imieninach ciotki Krystyny i wujka Stanisława. Byliśmy młodzi i szczęśliwi, rozpoczynaliśmy dopiero dorosłe życie, dzieci i owszem planowaliśmy, ale dopiero za kilka lat, więc pochłaniała nas miłość i praca. Jednak coś mi nie pasowało, coś zgrzytało w trybach tego idealnego mechanizmu, coś psuło tę sielankę. Z początku nie wiedziałam co, poważnie, ogarniały mnie różne myśli, nieraz dość czarne, że to wina związku, że jestem za młoda bo przecież teraz to się bierze ślub po trzydziestce, a ja ledwo 25 skończyłam, że to z nim jest coś nie tak, może to jednak nie ten, a może to wina pracy, w końcu to korporacja, a tak wiele złego wszędzie się o korporacjach i korpoludkach mówi. Ja przecież zwykły słoik ze wsi jestem, który na domiar złego skończył studia płatne, bo musiał na nie i życie w „wielkim mieście” sobie zapracować. I tak mijały te naprawdę bardzo szczęśliwe dni, na których idealnej powierzchni były jednak jakieś smugi, których ni jak nie byłam w stanie doczyścić.

Olśnienie.
Dzień był zwykły jak inne poprzedzające go dni, słodki pełen nadziei, zaangażowania, tłoku w autobusach, składającego się z ludzi, którzy dopiero za jakiś czas mają poznać dobrodziejstwo kąpieli z użyciem zapachowych środków myjących, wilgotny i pochmurny, a jednak i tak dość radosny.

Wiecie jak to jest, na samym początku samodzielnego życia pełnego rozterek, a jednak niezwykle pogodnego. To właśnie było to. Miałam misję. Trzeba było kupić kilka niewielkich, ale niezbędnych rzeczy do kuchni, tych takich, bez których teoretycznie da się żyć, które potem zalegają w szufladach, a jednak wolimy gdy tam są, choćby miały się przydać tylko raz do roku, jak na przykład foremki do pierników.

Udałam się wspomnianą komunikacją miejską, bo samochód zabrał On, do marketu, bo jak wiadomo tam najprościej, tam najszybciej i najtaniej. Nie miałam w tedy jeszcze zajawki na penetrację małych zapomnianych sklepików, które nie dożywają przeważnie drugiego roku działalności, ale w których ich jeszcze optymistyczni właściciele sprzedają przecudne rzeczy. Trafiłam więc do brzucha skandynawskiego wieloryba. Ogromny zawsze pełen ludzkiego planktonu z wytyczoną ścieżką niczym układ pokarmowy prowadzącą od połknięcia aż do wydalenia, wchłaniający po drodze odżywcze składniki z naszych portfeli.

Przemierzając ten labirynt zaczęłam doznawać olśnienia. Na początku było to nieśmiałe uczucie, które z każdym, nawet najdrobniejszym wkładanym przedmiotem do koszyka rosło. Uczucie sprawiające, że smugi na ideale mojej egzystencji zaczęły blednąć, aż do całkowitego oświecenia, gdy wpadłam na niego. Fotel, ale jaki? Piękny, biały, mało praktyczny, dość drogi, a jednak cudowny, patrzący tymi szczenięcymi oczami mówiący „weź mnie będę  Twoim wiernym przyjacielem”. Wzięłam. Nie bardzo było nas w tym momencie na niego stać, ale wzięłam. Zadzwoniłam po Niego i powiedziałam, że się stąd nie ruszę dopóki nie przyjedzie po mnie i mojego nowego przyjaciela. Zrozumiał, poddał się, nie żeby bez walki, ale i tak nie miał najmniejszych szans więc taktycznie uznał, że tak będzie najbezpieczniej. Nie wiadomo jakby potoczyło się dalej nasze życie, gdyby nie był tak wyrozumiały, ale był i jest nadal. Na początku z jednym katalogiem mebli siedziałam po nocach i najpierw w myślach, a potem powolutku z rozwagą, ale już naprawdę urządzałam wynajęte mieszkanie. Tak właśnie zostałam remontoholiczką. Od tego czasu minęło już dziesięć lat a ja nadal czuję to zauroczenie.

O czym to będzie?
W kolejnych wpisach dowiecie się ze szczegółami, jak ta historia potoczyła się dalej, co przyniosła i z jakimi  perypetiami jest związana. Będzie mi bardzo miło drogi czytelniku, gdy zajrzysz tu za kilka dni, a może już blog jest pełen niesamowicie ciekawych artykułów z pogranicza designerskiego faktu i mitu, a Ty trafiłeś na ten artykuł  tknięty ciekawością, by dowiedzieć się od czego to wszystko się zaczęło? 🙂 Nie ma to znaczenia. Jeżeli dotrwałeś aż do tego momentu, to jest mi z tego powodu bardzo miło i serdecznie Ci za to dziękuję.

One thought on “Design jako choroba zakaźna.”

  1. Świetnie się to czyta, pozazdrościć stylu. Nie mogę się doczekać kolejnych Twoich remontowych przygód. Szczególnie interesuje mnie jak godzisz pracę zawodową, wychowanie dzieci i pasję?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.